KOR

KOR, czyli solidarni z robotnikami

Musieliśmy robotnikom pokazać, że jesteśmy z nimi. Że nie tylko mają opiekę prawną i mogą być spokojni o rodziny, ale że nie są sami – mówi Antoni Macierewicz, jeden z założycieli Komitetu Obrony Robotników, w rozmowie z Maciejem Foksem i Grzegorzem Wołkiem.

W archiwum Ośrodka KARTA znajduje się zdjęcie przedstawiające Pana rozdającego w czerwcu 1978 roku ulotki przed warszawskim kościołem św. Anny. Była to akcja mająca na celu uwolnienie Błażeja Wyszkowskiego. Pamięta Pan tę sytuację?

Pamiętam. Nie wiem, jak to zdjęcie trafiło do KARTY, było ono w aktach Służby Bezpieczeństwa. Stoję tutaj twarzą do kolumny Zygmunta, a prawym ramieniem do frontu kościoła św. Anny. Na wprost mnie stał samochód, chyba warszawa. Z tego samochodu SB robiła zdjęcia. Jest ich kilka wariantów.

Jakie były wtedy reakcje ludzi? Na fotografii widać, że te osoby biorą ulotki.

Nie pamiętam w tym wypadku nic szczególnego ponad to, co widać na zdjęciu. Widać na nim mężczyznę wówczas starszego ode mnie i stojącą obok kobietę z towarzyszącą jej dziewczynką – być może jego żonę z córką – patrzącą na tę scenę z pewnym dystansem i ostrożnością. To dobrze oddaje relacje w czasach totalitarnych między kobietami i mężczyznami. Wówczas to kobiety dbały o bezpieczeństwo i do każdej nietypowej sytuacji starały się podchodzić ostrożnie. Moje doświadczenie z różnorodnych publicznych działań było bardzo dobre. Oczywiście niektórzy odnosili się z dystansem i nie brali ulotek albo nie aprobowali naszych działań, ale nigdy nie spotkałem się z zachowaniem negatywnym, wrogim, czy wskazującym na otwartą niechęć do tego typu działań. W 1978 roku, przynajmniej w Warszawie, świadomość istnienia aktywności antykomunistycznej i aprobata dla niej były dosyć powszechne. Zwłaszcza wśród ludzi wierzących. Proszę pamiętać, że to już było po śmierci Stanisława Pyjasa, i wtedy właśnie środowiska wywodzące się z duszpasterstw akademickich niesłychanie mocno zaczęły angażować się w działalność antykomunistyczną.

Takie akcje jak ta ze zdjęcia podejmowaliśmy nie tylko w okolicach kościołów, lecz także np. w środkach komunikacji miejskiej. Zwłaszcza rano, gdy wszyscy – ludzie ze środowisk robotniczych – jechali do pracy na Żerań czy do Huty Warszawa, niedaleko której mieszkałem. Można było wówczas wejść z tysiącami ulotek do tramwaju i wyjść bez żadnej ulotki. A robotnicy byli bardzo zainteresowani ich treścią.

Opowiadam o akcjach, które były związane z czymś głębszym, co stało się przedmiotem wewnętrznych dyskusji, sporów, a nawet konfliktów w kręgach opozycyjnych. W środowisku harcerskim, z którym byłem związany, chcieliśmy jak najbardziej wychodzić na zewnątrz, do ludzi. Nie tylko przez rozdawanie ulotek, lecz także organizowanie demonstracji patriotycznych. Pozytywne reakcje na takie działania podtrzymywały nasze przekonanie o słuszności obranej koncepcji – iż jest to droga prowadząca do powstania szerokiego oporu społecznego.

Zanim do oporu włączyła się duża część społeczeństwa, opozycję próbowała budować niewielka grupa. Jak to się stało, że kilkadziesiąt osób postanowiło walczyć z całym systemem: partią, SB, wymiarem sprawiedliwości?

To jest nieprawdziwy obraz. Nie było małej grupki ludzi w zniewolonym społeczeństwie, która bohatersko rzuciła się na stos i walcząc w osamotnieniu obudziła śpiące masy.

Polskie społeczeństwo faktycznie nie akceptowało systemu narzuconego po II wojnie światowej. Jednak wśród członków założycieli Komitetu Obrony Robotników było czternaście osób, kolejnych kilkanaście, może kilkadziesiąt stale z nim współpracowało. To mimo wszystko niewielka grupa.

Zapewniam, że spośród osób, którym rozdawałem ulotki, na pewno co dziesiąta by podpisała „Apel do społeczeństwa i władz PRL” [Wystosowany 23 września 1976 roku dokument zaadresowany do Sejmu PRL, którego sygnatariusze informowali o powołaniu Komitetu Obrony Robotników]. Z profesorami uniwersyteckimi już było gorzej. Szerokie masy społeczne w latach siedemdziesiątych były w stanie wrzenia antykomunistycznego i gotowości do działania. Tak oceniliśmy tę sytuację w połowie dekady i uznaliśmy, że jawne działanie może być skutecznym narzędziem walki o niepodległość. Warto sobie uświadomić coś, co mówiłem już wielokrotnie, a jakoś nie może się przebić do świadomości: niemożliwy byłby Marzec’68 i udział w tych wydarzeniach dziesiątków tysięcy demonstrujących studentów, gdyby dwa lata wcześniej na ulicach polskich miast i wsi nie przemaszerowały miliony (!) wiernych w pielgrzymkach i uroczystościach patriotyczno-religijnych związanych z tysiącleciem chrztu państwa polskiego. Po tym doświadczeniu moje pokolenie po prostu poczuło się bezpieczne. To stworzyło zupełnie nową sytuację. Pokazało, że można działać i że to jest nie tylko kwestia haseł, postulatów czy problemów duchowych, ale także społeczno-politycznych sensu stricto. Ta gotowość była bardzo duża, nie tylko z powodów ekonomicznych. Warto rozumieć, że „kiełbasa” (a zwłaszcza – jej brak!) była jednym z sowieckich sposobów na niszczenie narodu, a wypuszczanie za granicę – nagrodą za konformizm. Walka o byt ekonomiczny była nierozłącznie związana z walką o byt narodu. Tego moi koledzy z lewicy laickiej nie rozumieli. Dlatego nazwaliśmy tę akcję Komitetem Obrony Robotników. To robotnicy walczyli o większy margines swobody narodowej, społeczno-gospodarczej i ekonomicznej, a przez to stricte narodowo-politycznej. Jeżeli oni zostali za to skazani na masowe nawet nie represje, ale tortury, to naszym obowiązkiem było – w miarę naszych możliwości – im pomóc.  A równocześnie organizować jak najszersze grupy społeczne do oporu masowego, ale ustrukturalizowanego w niezależne instytucje społeczne. Oczywiście, gdy formułowałem ten program, wielu osobom wydawał się on programem utopijnym, ale ostatecznie okazał się realistyczny. Budowaliśmy KOR jako jedną z pierwszych niezależnych organizacji społecznych. Potem przyszły pisma, niezależne organizacje studenckie, niezależne szkolnictwo w postaci uniwersytetu latającego i w końcu niezależne związki zawodowe, aż to się wszystko razem przekształciło w Solidarność i następnie w niepodległość. Czyli ten ciąg programowy okazał się bardzo skuteczny. Często dyskutowaliśmy na ten temat kolegami, dochodziło nawet do ostrych sporów. Szczególnie Jacek Kuroń operował kategorią ideowo-socjologiczną ruchu społecznego. Definiował go jako sytuację, w której ludzie czegoś chcą, ale często nie wiedzą, czego konkretnie oczekują; to elity mają powiedzieć, jak to ma wyglądać i wtedy ludzie podejmą działania wspierając jednocześnie tę elitę. W tym modelu strukturę spójną ma tylko elita, a masa jest od tego, by tworzyć atmosferę umożliwiającą tej elicie skuteczność działania. Temu modelowi przeciwstawialiśmy strukturalizację społeczeństwa we wszystkich jego warstwach i przekrojach. Chodziło o to, żeby były pisma zarówno rolników, jak i robotników, inteligencji i młodzieży, związki zawodowe, partie polityczne. Uważaliśmy, że nie tylko można, ale i trzeba do czasu odzyskania niepodległości budować niejako drugie państwo. Oczywiście, ten plan nawiązywał do idei państwa podziemnego, zakorzenionego w polskiej tradycji jeszcze od Powstania Styczniowego, później tak niezwykle funkcjonującego podczas II wojny światowej.

Uciekliśmy od samego Czerwca ’76, o którym także chcielibyśmy porozmawiać. Wydarzenia z Radomia, Ursusa i innych miast są dość znane…

Mam wrażenie, że jest dokładnie odwrotnie.

Jeżeli tak założymy, to wiedza o długoterminowej polityce represji wobec ofiar oraz akcje pomocowe w świadomości społecznej w ogóle nie istnieją…

Czytam, że w tym czasie przez „ścieżki zdrowia” przeszło 2 tys. robotników, a wiem z raportów, które spływały w 1976 roku do mnie, że 2 tys. ludzi przeszło przez więzienia tylko na Białostocczyźnie i mieli plecy sine od pałek – to jest właśnie różnica w świadomości. Zakres represji jest w społeczeństwie zupełnie nieznany. Reżimowi Gierka udało się stworzyć do dzisiaj niezweryfikowane przekonanie, że tamten system był łagodny. Gomułka straszny, a Gierek łagodny. No a Jaruzelski patriotyczny oczywiście [śmiech]. W 1976 roku miały miejsce okrutne pacyfikacje nie tylko w Radomiu, lecz także innych miejscach Polski.

Czy w tym zalewie informacji o brutalności władz utkwiła Panu w pamięci jakaś konkretna historia, pojedynczy człowiek, którego los nawet na tak drastycznym tle Pana uderzył?

Jeżeli miałbym wymienić jeden przypadek, to na pewno dramat ks. Romana Kotlarza. On tkwi we mnie jak cierń. Oddaje bardzo dobrze ówczesną atmosferę: kapłan, widząc walczących z milicją robotników, zdobywających symbol władzy okupacyjnej – bo to była  niewątpliwie władza okupacyjna, sowiecka – błogosławił ich. To jest obraz tak bliski temu, co znamy z wojny 1920 roku. Ksiądz Ignacy Skorupka, ówczesny kapelan polskich żołnierzy, stanowi wręcz ikonę polskich relacji pomiędzy duchownymi a ludźmi walczącymi o niepodległość. Ksiądz Kotlarz za swoje zaangażowanie był systematycznie katowany. Przychodzili w nocy na plebanię i go bili, a on nie mógł się publicznie poskarżyć. Jedyne, co mógł, to na krótko przed śmiercią, podczas kazania powiedzieć o swoich okrutnych cierpieniach z ostatnich dni. To jest dla mnie symbol tamtego czasu: z jednej strony heroizm i patriotyzm tego człowieka, a z drugiej ogromne osamotnienie w tym cierpieniu. Oczywiście sine plecy robotników też mam przed oczami. W żaden sposób nie chciałbym tego przeciwstawiać.

Mało się także pamięta o tym, że zaangażowanie w działalność opozycyjną oznaczało represje wobec całej rodziny. Pana aktywność odbijała się przecież na najbliższych.

Nasza córka urodziła się w maju 1976 roku, tuż przed wybuchem strajków. Postawa mojej żony, matki miesięcznego dziecka, pozostaje dla mnie wzorem ogromnego heroizmu. Bez jej gotowości i aprobaty moje działania z pewnością nie byłyby możliwe, bo przecież w oczywisty sposób narażały dom rodzinny, jego byt i funkcjonowanie. To wielka rzecz, że się na to zgodziła. Pamiętam pierwszą rewizję w naszym M-1 przy ul. Dalekiej. Ośmiu funkcjonariuszy stłoczonych w osiemnastometrowym mieszkaniu, płaczące niemowlę, szalejący w tym wszystkim kot. Miały miejsce nawet „filmowe” sceny – malutka Ola całą rewizję leżała na stercie ulotek ukrytych pod materacykiem. Akurat skutecznie. Do dziś żartujemy, że przynajmniej przez ten pierwszy miesiąc pomagałem w wieczornej kąpieli dziecka. Bo później to bywało już różnie...

Był taki etap walki z nami wypracowany przez płk. Adama Krzysztoporskiego z SB: próbowano przeciwstawić nam „głos ludu”. Przysyłano do naszych mieszkań „aktyw robotniczy” złożony z ludzi z ORMO czy SB i oni mieli z nami podejmować dyskusję będącą mieszaniną siły, zastraszenia i „namawiania” do zaprzestania działalności. Pamiętam dwie takie wizyty w naszym domu. Z jednego z tych spotkań nasi „goście” wyszli z drukowanymi przez nas ulotkami! Zawsze miałem duże zdolności pedagogiczne [śmiech]. Chociaż to wtedy właśnie wyrzucono mnie z Uniwersytetu Warszawskiego i tak zakończyła się moja kariera wykładowcy na iberystyce.

Takie wizyty mogły się rożnie skończyć. Zdarzały się przypadki pobić w mieszkaniach członków i współpracowników KOR.

Ludzie na takie wizyty różnie reagowali. Pamiętam, że Halina Mikołajska bardzo je przeżywała. To wszystko zależało od konstrukcji psychicznej. Dla części był to duży stres. W późniejszym etapie, w 1979 roku, gdy istniał już uniwersytet latający, mobilizacja ludzi z aparatu bezpieczeństwa była zdecydowanie większa. Było takie komando, które chodziło od spotkania do spotkania, usiłując doprowadzić do awantury. Na początku istnienia KOR jeszcze tego nie było.

Rewizje, zatrzymania, nękanie to tylko część aktywności SB. Państwo zdawali sobie sprawę, że są pod stałą obserwacją SB. Jak sobie z tym radzić? Wbrew temu, co sugerowała komunistyczna propaganda, nikt państwa nie szkolił.

Nie mam takiego poczucia, że było mi szczególnie trudno. Młody wiek, wychowanie patriotyczne, harcerstwo i poczucie misji, która ma szerokie poparcie w najbliższym środowisku i pełną akceptację społeczną pozwalały łatwiej znosić ten stres Gdy poznałem Antoniego Pajdaka, członka konspiracyjnego rządu – który jako jedyny nie złożył zeznań w procesie szesnastu – człowieka w momencie wstępowania do KOR ponadosiemdziesięcioletniego, zobaczyłem jego aktywność i gotowość, która mi imponowała. Co do akcji pomocy – nie mieliśmy trudności w jej zorganizowaniu, bo grupa harcerska była przygotowywana przez lata do tego typu aktywności. Gdy przyszedł czerwiec 1976 roku, wiedziałem, że teraz możemy zrealizować nasze plany. My przygotowywaliśmy cały zespół ludzi ze środowisk duszpasterskich. Nawiązywaliśmy kontakty ze śp. Januszem Krupskim z Lublina, z którym byliśmy wraz z żoną bardzo związani emocjonalnie, i z kolegami z innych duszpasterstw. Dzięki temu mieliśmy kadrę młodzieżową potrzebną do wykorzystania w odpowiednim momencie. Twardym rdzeniem była Gromada, a szerszym kręgiem duszpasterstwa akademickie. Temu służyły m.in. listy protestacyjne przeciwko zmianom w konstytucji PRL, protesty w obronie  represjonowanych Jacka Smykały czy Stanisława Kruszyńskiego. Organizacja akcji protestacyjnych sprawiała, że się wzajemnie poznawaliśmy, nawiązywaliśmy kontakty. Gdy później podjęliśmy akcję pomocy robotnikom, to wiedziałem, że np. w Lublinie jest Janusz Krupski, Zdzisław Bradel, Bogdan Borusewicz. To byli ludzie gotowi do współdziałania. Tak samo było w Krakowie, Gdańsku czy we Wrocławiu. Dzięki temu mogliśmy tę akcję rozpocząć.

Drugi element akcji jawnej był trudniejszy. Chodziło o masowe dotarcie do społeczeństwa. Ulotki – ważna rzecz. Mobilizowały, podnosiły na duchu etc. Nie przekraczały jednak zasięgu tysiąca czy kilku tysięcy ludzi, a Polska miała 35 mln mieszkańców. Zmiany społeczno-politycznej można było dokonać tylko przez mass media. Do „Życia Warszawy” czy „Trybuny Ludu” nikt wówczas, z powodów oczywistych, nawet nie próbował dotrzeć. Za to były polskie radiostacje, które nadawały z zagranicy. Żeby one przekazały jakiś komunikat, musiały mieć gwarancję, że te informacje są wiarygodne. Te kontakty miały osoby z Ruchu Andrzeja Czumy. Mieli je także koledzy z lewicy laickiej. Gdy nam odmówili podjęcia wspólnych działań jawnych koledzy z Ruchu, zresztą mając swoje motywacje, których nie kwestionuję, zwróciliśmy się w stronę lewicy laickiej. Ludzi z tego środowiska znałem z uniwersytetu. Ważnym dla nas punktem było okazywanie represjonowanym robotnikom solidarności przez uczestnictwo w procesach sądowych, które były farsą. Musieliśmy robotnikom pokazać, że jesteśmy z nimi. Że nie tylko mają opiekę prawną i mogą być spokojni o rodziny, ale że nie są sami.

Bodajże Urszula Doroszewska wspominała, że widząc jak mieszkają radomscy robotnicy, przeżyła szok, że coś takiego jest możliwe…

Robotnicy musieli widzieć, że ich popiera ktoś, kto jest autorytetem, tzw. inteligent, a najlepiej profesor. Tych profesorów trzeba było zawieźć do Radomia lub sądu na Lesznie. Wtedy okazywało się, że jest dramat. Inteligencja prowadziła bowiem długie debaty na temat Breżniewa i Chruszczowa, ale pojechać na proces do Radomia – to już nie bardzo. Pojawiły się różnice pomiędzy środowiskami tworzącymi KOR. Koledzy z lewicy nie chcieli się w to angażować. Mieli swoje racje i argumenty. Jeździliśmy więc z młodzieżą harcerską i KIK-owską [KIK – Klub Inteligencji Katolickiej], bo ci włączyli się do akcji pomocy od razu, jeszcze w sierpniu 1976 roku. Na początku października pojechał z nami po raz pierwszy wspomniany Antoni Pajdak. On przełamał barierę obecności autorytetu w oczach robotników. Człowiek starszy, dostojny, o którym mogli usłyszeć w Wolnej Europie, że był ministrem. To dla robotników znaczyło bardzo wiele. Z mojego punktu widzenia pierwsze trzy miesiące były najtrudniejsze. Nie pieniądze, nie organizowanie ludzi do wyjazdów, ale właśnie kwestia wciągnięcia autorytetów.

W zasadzie wszyscy członkowie i współpracownicy KOR/KSS „KOR” zaangażowali się później w Solidarność. Dla Pana była to naturalna kontynuacja?

Tak, podobnie jak KOR był dla mnie naturalną konsekwencją mojego zaangażowania harcerskiego, opozycyjnego i wychowania domowego. Od końca lat sześćdziesiątych na taki moment czekaliśmy i pracowaliśmy, by się do niego przygotować. Tak samo nie mieliśmy wątpliwości, że będzie taki moment jak powstanie Solidarnośći. Zwłaszcza po wyborze Karola Wojtyły na papieża. Byliśmy przekonani już w momencie jego wyboru w 1978 roku, że to jest wydarzenie, po którym Sowieci będą musieli się wycofać. Zresztą i wcześniej tak myśleliśmy, choć nie mieliśmy takiej bezwzględniej pewności jak po wyborze papieża. Pamiętam, że 30 czerwca 1976 roku – po konferencji przywódców partii komunistycznych w Berlinie Wschodnim – napisałem analizę przewidującą wycofanie się Sowietów i przeorganizowanie przez nich systemu. Byłem przekonany, że dalsze powstrzymywanie napięć społecznych nie jest już możliwe. Te nasze analizy i oczekiwania nie oznaczały, że przewidzieliśmy powstanie Solidarności, jaką znamy, czyli narodu zorganizowanego w związek zawodowy. Ale utworzenie związków zawodowych było dla nas ważną częścią planu niepodległościowego. Więc gdy wybuchły strajki i przybrały kształt solidarnościowego powstania powszechnego, zaangażowaliśmy się wten ruch z całą mocą. Tutaj także były różnice z kolegami z lewicy laickiej. Pamiętam, że Adam Michnik był wówczas zafascynowany ideą rad robotniczych popularnych w Hiszpanii, które były nośnikiem komunistycznej rewolty. Wyobrażał sobie, że robotnicy polscy są komunistyczno-lewicowi. My z kolei szliśmy drogą odbudowy „polskiej infrastruktury społeczno-państwowej”, i dlatego rady robotnicze nie były elementem naszego myślenia. Nie wiedzieliśmy, że polski kształt niepodległości to będzie związek zawodowy. Ale w ciągu kilku dni strajk przekształcił się w naród zorganizowany w strukturę strajkową, co było dla nas jasnym sygnałem, zwłaszcza podczas rozmów z Janem Olszewskim, że powinien przekształcić się w ogólnopolską organizację. Ogólnopolski związek to był postulat, który postawił właśnie Jan Olszewski. Było to sprzeczne z pomysłami środowisk lewicowych, które idąc na kompromis z komunistami myślały o regionalnych związkach zawodowych.

Pomysł Jana Olszewskiego bardzo mocno wsparł Karol Modzelewski.

Zdecydowanie tak. Miał wtedy znakomite przemówienie. Być może to wsparcie odegrało decydującą rolę, bo pamiętajmy, że reprezentował on wówczas Dolny Śląsk, jeden z większych regionów.

Powstanie Solidarności wyczerpało formułę działalności KOR/KSS „KOR”. Nastały inne czasy, ale dziedzictwo KOR pozostało.

KOR sam w sobie nie był żadnym bytem odrębnym w historii polski. Był jednym z narzędzi działań, jakimi posługiwał się ruch niepodległościowy, który czasami chodził na kompromisy z innymi formacjami. KOR wyrastał z doświadczenia I Warszawskiej Drużyny Harcerskiej im. Romualda Traugutta. Ta tradycja łączyła elementy diagnozy społecznej i pracy społecznej z celami niepodległościowymi. Bardzo ważna dla nas było przekonanie, że szerokie masy społeczeństwa są gotowe do walki o niepodległość. Konieczne do tego były wspólne działanie i pewna strukturalizacja tych działań. Stąd wywodzi się nazwa Komitet Obrony Robotników, która ma w sobie element solidarnościowy. Robotnicy dla nas, my dla robotników. Było to przesłanie solidaryzmu społecznego i narodowego. W tym sensie zarówno nazwa, jak i solidarnościowy kształt ruchu związkowego bardzo dobrze oddawały to, z czym wyruszyliśmy na początku naszej drogi do niepodległości.

 

Liczba wejść: 5851, od 23.09.2016