Tylko u nas

WOLNE MIASTO - artykuł prof. dr. hab. Jerzego Eislera

Gdyby jeszcze kilka tygodni temu ktoś mnie zapytał, kiedy powstał pierwszy polski film fabularny poświęcony kampanii wrześniowej lub – jak przez wiele lat mówili historycy wojskowości – wojnie obronnej 1939 roku, miałbym niemały problem z udzieleniem odpowiedzi.

Jedno było dla mnie oczywiste: film taki mógł powstać dopiero po zmianach politycznych w październiku 1956 roku, w których następstwie narodziła się m.in. sławna polska szkoła filmowa. W okresie stalinowskim bowiem o wrześniowej tragedii można było mówić jedynie w prześmiewczym lub raczej karykaturalnym tonie, znanym chociażby z pochodzącego z 1953 roku filmu Erwina Axera Domek z kart, według sztuki Emila Zegadłowicza. Nie było mowy nawet o tym, żeby oddać hołd tzw. szeregowym bohaterom. Stało się to możliwe dopiero w drugiej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku.

Pierwszy zdecydował się odwołać do tematyki wrześniowej Stanisław Różewicz (młodszy brat wybitnego poety i dramatopisarza Tadeusza Różewicza), który w 1958 roku zrealizował film Wolne miasto. Jego tytuł z jednej strony w sposób oczywisty nawiązywał do Wolnego Miasta Gdańska w okresie międzywojennym, z drugiej zaś miał też (choć nie wiadomo, czy właśnie taki był zamysł reżysera) charakter nieco sarkastyczny. W rzeczywistości bowiem Gdańsk – zwłaszcza w okresie rządów narodowosocjalistycznych – dla mieszkających w nim Polaków mógł jawić się jako miasto niekoniecznie wolne.

Wbrew temu, co konsekwentnie głosiła propaganda w okresie PRL, było to nie tyle Wolne Miasto Gdańsk, ile Freie Stadt Danzig. Według spisu ludności z 1923 roku na terenie o powierzchni 1893 km kw. mieszkało 366 730 osób, w tym tylko około 40 tys. Polaków. Po dojściu do władzy w Niemczech Adolfa Hitlera i rozpoczęciu systematycznej nazyfikacji Gdańska, czemu towarzyszył stopniowy napływ Niemców z Rzeszy, proporcje te uległy dalszemu pogorszeniu na niekorzyść Polaków, tym bardziej że niektórzy z nich nie chcieli żyć w tak niesprzyjających warunkach i przy pierwszej nadarzającej się okazji wyjeżdżali do Polski. Dlatego w przededniu II wojny światowej Polacy stanowili niespełna dziesięcioprocentową mniejszość Wolnego Miasta Gdańska, utworzonego w 1919 roku na mocy traktatu wersalskiego.

Siedziba Wysokiego Komisarza Ligi Narodów w Wolnym Mieście Gdańsku, współcześnie Nowy Ratusz (fot. M. Foks)

Trzeba także pamiętać, że przez cały okres swego istnienia pozostawało ono pod ochroną Ligi Narodów, której interesy reprezentował wysoki komisarz. Jego zadanie nie było łatwe, chociażby dlatego że nie miał on najmniejszego wpływu na gdańską policję. Na temat mechanizmów funkcjonowania urzędu wysokiego komisarza Ligi Narodów w Gdańsku i sytuacji w mieście sporo mówią – opublikowane także w Polsce w 1970 roku pod tytułem Moja misja w Gdańsku 1937–1939 – wspomnienia ostatniego komisarza Ligi Narodów, szwajcarskiego dyplomaty i naukowca Carla Jacoba Burckhardta.

O tym, że tak naprawdę było to Freie Stadt Danzig, a nie Wolne Miasto Gdańsk, paradoksalnie świadczyły także przez lata przedstawiane jako dowód na polski charakter miasta budynek Poczty Polskiej oraz placówka tranzytowa na Westerplatte. Nie zwracano przy tym uwagi na to, że w mieście była zaledwie jedna siedziba Poczty Polskiej i nieporównanie więcej niemieckich, ani też na to, że to Polacy, a nie Niemcy, mieli na Westerplatte niewielką składnicę tranzytową. Niemcy właściwie bez ograniczeń korzystali z całego portu w Gdańsku i to oni kontrolowali ujście Wisły do Bałtyku. Polacy natomiast nie mogli swobodnie korzystać z portu gdańskiego. W związku z tym już w pierwszej połowie lat dwudziestych rząd polski podjął strategiczną decyzję o budowie portu w Gdyni. W ciągu kilku lat Rzeczpospolita uzyskała własne, swobodne wyjście na świat i uniezależniła się od władz Wolnego Miasta Gdańska. Przyszłość pokazała, jak ważna i trafna była to decyzja.

Stanisław Różewicz nadał swojemu filmowi formę paradokumentalną. Po raz pierwszy na gruncie polskim posłużył się popularną już wtedy w świecie metodą „reinscenizowanego dokumentu wojennego”. Zadbał przy tym o szczegóły, wzorując wiele ujęć – zwłaszcza w scenach walk o Pocztę Polską – na kadrach z archiwalnej kroniki filmowej (np. obraz grupy niemieckich żołnierzy atakujących pocztę granatami pod osłoną wozu pancernego z napisem „Sudetenland”). Nawiasem mówiąc, kadr z walk o pocztę w Gdańsku był tak atrakcyjny, że posłużyli się nim twórcy szóstego odcinka serialu dokumentalnego Image de guerre 1939–1945, komentowanego przez wybitnego francuskiego aktora Philippe’a Noireta jako efektowną ilustrację zaciętych walk o… Stalingrad jesienią 1942 roku.

W filmie Wolne miasto można wydzielić trzy części. W pierwszej, w sposób bardzo plastyczny i zarazem realistyczny Stanisław Różewicz przedstawił ostatnie dni w Gdańsku przed wybuchem wojny. Jak gdyby przy okazji ukazał narastającą grozę i rozmaite incydenty, które się wówczas wydarzyły. A to polski listonosz został zaczepiony na ulicy przez niemieckich cywilów, którzy niespodziewanie nożem przecięli mu pasek od torby, by listy rozsypały się na ziemię. Następnie utrwalili to na fotografii, którą nazajutrz umieszczono na pierwszej stronie gazety z ironicznym podpisem: „Polski listonosz przy pracy”. Innym razem grupa Niemców w portowej tawernie sprowokowała polskich marynarzy do bójki w obronie honoru i dobrego imienia wyśmiewanej i lekceważonej polskiej floty handlowej. Walczących mężczyzn brutalnie rozdzieliła interweniująca gdańska (de facto niemiecka) policja.

Budynek Poczty Polskiej obecnie i w okresie międzywojennym (fot. M. Foks, źródło: http://www.1wrzesnia39.pl)

Jednocześnie w pierwszej części filmu są ukazane przygotowania gmachu poczty do obrony na wypadek wybuchu wojny. Przybyły z Polski, grany przez Stanisława Jasiukiewicza, dowódca obrony gmachu Konrad polecił m.in. wyciąć przed budynkiem krzaki ograniczające potencjalnym obrońcom pole ostrzału. Gmach poczty miał być zresztą broniony tylko przez parę godzin. Aby to ułatwić, krótko przed wybuchem wojny w workach pocztowych przemycono do budynku cztery pistolety maszynowe, kilkanaście karabinów i paręset granatów. Ale i tak było to nic w porównaniu z silami, których mogli użyć, i rzeczywiście użyli Niemcy 1 września.

Drugą część filmu wypełniają znakomicie zrealizowane (nawet dziś, po ponad pół wieku wzbudzając uznanie) sceny walk o pocztę przy pl. Heweliusza w Gdańsku. Gdy piszę te słowa, nie zapominam bynajmniej o stanie technicznym ówczesnej polskiej kinematografii. W prasie filmowej opublikowano wówczas dwa zdjęcia z planu Wolnego miasta, ukazujące kręcenie sceny upadku z dachu jednego z żołnierzy niemieckich. Próbował on obejść gmach poczty od strony sąsiedniego podwórka, przedzierając się po dachach, lecz został zauważony przez jednego z broniących się pocztowców i ugodzony strzałem. Na jednej z foto­grafii scena wyglądała tak, jak ukazano to potem na ekranie: niemiecki żandarm z rozłożonymi rękami osuwał się z dachu dwupiętrowego domu. Na drugim zdjęciu (wykonanym w planie ogólnym) widać, że pod budynkiem, z którego spadał statysta (kaskaderów w Polsce jeszcze wtedy nie było), stali obok siebie „hitlerowcy” i „pocztowcy” trzymający razem naciągniętą płachtę, by zamortyzować upadek „zabitego Niemca”.

Twórcy filmu precyzyjnie pokazali dysproporcje sił: z jednej strony kilkudziesięciu obrońców poczty: urzędnicy, listonosze, pakowacze, telefoniści, zaprzyjaźniony z nimi polski kolejarz (który dość przypadkowo spędzał w tym budynku noc z 31 sierpnia na 1 września 1939 roku), z drugiej strony policja, wojsko i żandarmeria, wyposażone w ciężki sprzęt. Mimo użycia wozów pancernych i artylerii napastnicy przez ponad dwanaście godzin nie zdołali złamać oporu pocztowców. Dopiero miotacze ognia zmusiły obrońców do poddania się.

W tym miejscu rozpoczyna się trzecia, najkrótsza i chyba najbardziej poruszająca część filmu. Szczególne wrażenie robi scena ukazująca umęczonych i rannych obrońców, którzy z rękami na karku idą powoli wśród drwin i szyderstw niemieckich gdańszczan. Tworzący szpaler złorzeczyli im, opluwali ich, wyśmiewali i wymierzali kuksańce. W pewnej chwili z tłumu wyrwał się kilkunastoletni chłopiec, Boguś Barcikowski, syn jednego z walecznych polskich listonoszy. Chciał choćby dotknąć ojca, uścisnąć go, ale „porządni gdańszczanie” odepchnęli brutalnie zapłakanego chłopaka, w którego rolę wcielił się występujący po raz pierwszy w filmie dwunastoletni wówczas Piotr Fronczewski.

Obrońcy Poczty Polskiej w niewoli niemieckiej, oryginalne zdjęcia z 1939 roku (źródło: http://www.1wrzesnia39.pl)

Obrońcy Poczty Polskiej wyrokiem sądu wojennego zostali skazani na karę śmierci. Rozstrzelano ich nad ranem 5 października na Zaspie koło Gdańska (dziś jest to część miasta). Stanisław Ozimek tak napisał o tym wstrząsającym i tragicznym wydarzeniu: „W obliczu plutonu egzekucyjnego – jak stwierdzili niemieccy świadkowie – pocztowcy chwycili się za ręce w braterskim geście, co zresztą wyeksponował reżyser w finałowej scenie”.

Co ciekawe, właśnie ta poruszająca końcowa scena wywołała najwięcej uwag krytyków filmowych. Uważali oni, że Stanisław Różewicz zbudował ją nie dość patetycznie i podniośle. Jednocześnie – nie licząc się w pełni z realiami politycznymi i cenzuralnymi Polski z 1958 roku – krytykowali Wolne miasto za brak „szerszej perspektywy historiozoficznej” – jak gdyby można było wówczas mówić publicznie o wszystkim, co wiązało się z wrześniową tragedią. Film pozostaje więc nie tylko wspaniałym hołdem oddanym obrońcom Poczty Polskiej, ale – czy tego chcemy czy nie – jest również świadectwem czasów, w których powstał.

 

prof. dr hab. Jerzy Eisler – historyk,
dyrektor Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie,
zajmuje się dziejami PRL, a także najnowszą historią Francji i historią kina;
autor m.in. Polski rok 1968 (2006), Polskie miesiące”, czyli kryzys(y) w PRL (2008)

 

Tekst pochodzi z numeru 2/2012 miesięcznika „Pamięć.pl”.

 

Liczba wejść: 46461, od Data publikacji 01.09.2016