Tylko u nas

WYKLĘCI WŚRÓD MILICJANTÓW – artykuł Grzegorza Wołka

Jednym z głównych powodów powstawania oddziałów Żołnierzy Wyklętych był, oprócz niezgody na komunizację Polski, brak innej możliwości. Komunistów nie interesowały żadne kompromisy. „Wrogowie ludu” mieli zginąć w lesie lub sczez­nąć w kazamatach więzień NKWD i UB.

Przesuwający się za frontem i oddziałami Armii Czerwonej polscy komuniści byli zbyt słabi, by samodzielnie sięgnąć po władzę. Było ich niewielu i pomimo chwytliwych haseł społecznych, jak walka z biedą i nierównościami, nie cieszyli się wśród Polaków dużym poparciem. Podobnie było z komunistyczną partyzantką – nieliczną, słabo wyszkoloną, a często… bandyc­ką. Niewiele było takich regionów, jak np. Kielecczyzna, gdzie stanowiła znaczącą siłę. Jak pokazują badania prowadzone przez Piotra Gontarczyka, w jej szeregach było wielu zwyczajnych przestępców, którym dawała ona swoisty parasol ochronny.

Brzmi to niewiarygodnie, ale komunistyczni partyzanci częściej zajmowali się grabieniem okolicznych dworów i polowaniem na ukrywających się przed Niemcami Żydów niż walką z okupantem. Jest to o tyle istotne, że zaraz po wojnie ci ludzie tworzyli trzon „ludowej” Polski. W aureoli bojowników o wolną Polskę zostawali starostami, komendantami i milicjantami oraz brutalnymi funkcjonariuszami urzędów bezpieczeństwa. Była to nowa elita, która w przeciwieństwie do tej skupiającej się w Armii Krajowej rzadko nadawała się do obejmowania powierzanych im stanowisk.

Bywały jednak regiony, gdzie zaraz po przejściu linii frontu aktywizowała się podziemna administracja oraz ujawniali żołnierze AK, którzy zgodnie z założeniami akcji „Burza” mieli witać Sowietów w roli gospodarzy. Niestety, kończyło się to dla akowców aresztowaniem. Jednak wielu z nich, nie ujawniając swojej przeszłości, tworzyło posterunki Milicji Obywatelskiej i dbało o spokój i porządek na podległym im terenie. Funkcjonariusze NKWD i miejscowi „bezpieczniacy” nie byli w stanie dokonać natychmiastowej weryfikacji. Ludzie z AK, by zorientować się w planach nowego okupanta, przenikali nawet w szeregi UB.

Polska powojenna była, jak to trafnie ujął Marcin Zaremba, krajem „wielkiej trwogi”. Jednak w okolicach, gdzie posterunki MO obsadzono byłymi partyzantami AK, było znacznie bezpieczniej niż tam, gdzie rządzili komuniści.

Akowska milicja to stan przejściowy i dość krótki. Z czasem „bezpieka” opanowywała także terenowe ogniwa władzy. Kontrola nad „siłowymi” resortami, czyli wojskiem, urzędami bezpieczeństwa i milicją, należała do bezwzględnych priorytetów w krajach zajmowanych przez Armię Czerwoną. Jeden z budowniczych aparatu represji na Mazowszu, wówczas porucznik, Aleksander Jałkowski, wspominał, jak w styczniu 1945 roku obejmował stanowisko szefa UB w Rembertowie, gdzie NKWD zorganizował obóz dla żołnierzy AK: „Byliśmy zmuszeni na wstępie rozwiązać powstałą ad hoc milicję akowską, trzeba było włączyć się w proces uruchamiania administracji miejskiej i życia gospodarczego mias­teczka, zapewnić wspólnie z radzieckimi i polskimi organami wojskowymi ład i bezpieczeństwo”. To, co dla Jałkowskiego oznaczało „porządki”, było najzwyczajniejszym aresztowaniem i mordowaniem osób, które nie godziły się z nową, tym razem sowiecką, okupacją ziem polskich. Ci, którym udało się uniknąć aresztowania, mieli trzy wyjścia: uciekać na Zachód przez coraz szczelniejsze granice; ujawnić się w momencie amnestii i liczyć na szczęście, by nie zostać aresztowanym pod fikcyjnymi zarzutami, np. współpracy z Niemcami; iść „do lasu”, czyli dołączyć do licznych na przełomie 1944 i 1945 roku oddziałów partyzanc­kich wywodzących się z AK.

Prezentowany dokument pokazuje powojenny tragizm żołnierzy Armii Krajowej. Wstępowali oni do milicji lub sami tworzyli posterunki i dbali, wykonując rozkazy, o ład i bezpieczeństwo lokalnych społeczności. Mianowany przez Józefa Stalina szefem polskiej bezpieki Stanisław Radkiewicz stwierdzał natomiast jasno, że „wrogów ludu” trzeba się pozbyć. Co charakterystyczne, w prezentowanym rozkazie nie wspomina on, by akowcy łamali prawo lub nie wykonywali swoich zadań. Wystarczyło, że stanowili „element politycznie niepewny”. Pozbawiony emocji rozkaz nie oddaje tego, czym był w istocie dla wyrzucanych ze służby milicjantów. Tym z przeszłością w AK niejednokrotnie nie dawał innej możliwości niż powrót do partyzantki. W owym czasie często wierzono, że to stan przejściowy, że niebawem wybuchnie III wojna światowa. Schronienie w lesie okazało się dla wielu miejscem pobytu przez wiele lat. Osaczani przez oddziały Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i UB, mieli małe szanse przeżycia.

Doskonałym przykładem braku wyboru jest los partyzantów działających pod dowództwem Józefa Kurasia „Ognia” na Podhalu. Kuraś podczas wojny współpracował z partyzantką sowiecką, a pod jej koniec zaakceptował nawet rządy zdominowanego przez komunis­tów Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego. Następnie został mianowany zastępcą szefa UB w Nowym Targu. Gesty czynione wobec nowej władzy na długo mu jednak nie pomogły. Zagrożony aresztowaniem, uciekł „do lasu”, a wraz z nim wielu jego wojennych towarzyszy broni, którzy de facto obsadzali do marca 1945 roku niemal wszystkie posterunki MO na Podhalu. Podjęli oni heroiczną, ale skazaną na porażkę walkę z nowym wrogiem, czyli Sowietami i rodzimymi komunistami.

 

Grzegorz Wołk – historyk, politolog, pracownik BEP IPN,
doktorant w Instytucie Historii UJ

 

Tekst pochodzi z numeru 3/2014 miesięcznika „Pamięć.pl”.

Liczba wejść: 36528, od Data publikacji 08.02.2016