Tylko u nas

WIELUŃ, 1 WRZEŚNIA 1939 - fragment tekstu dr. Grzegorza Bębnika

[...]

Godzina nalotu

Ustalenie dokładnej pory zrzucenia pierwszych bomb na Wieluń wykracza daleko poza ściśle porządkujące funkcje chronologii. Przy okazji bowiem dotyka sprawy wzbudzającej emocje o bynajmniej nie historycznym natężeniu – zdefiniowanie nie tylko symbolicznego, lecz i realnego „początku II wojny światowej”, w aspekcie również geograficznym. Wydawać by się mogło, że po uroczystych obchodach 65. rocznicy wybuchu wojny, mających właśnie miejsce w Wieluniu, po wykuciu stosownych sentencji w kamieniu, po utrzymanych w jednoznacznym tonie przemówieniach oficjeli i w świetle publikacji będącej pokłosiem zorganizowanej z tej okazji sesji naukowej nic już do dodania nie pozostaje. Raz jeszcze jednak okazuje się, że również i Klio potrafi płatać figle.

Okolicznością dającą mianowicie asumpt do śmiałych twierdzeń, jakoby to w Wieluniu właśnie rozpocząć miała się II wojna światowa jest dość szczególnie interpretowana godzina nalotu. Nie ulega wątpliwości, że pierwsze bomby zrzuciły na Wieluń samoloty dywizjonu kapitana Waltera Sigela, dowódcy I dywizjonu 76. pułku bombowców nurkujących (I/StG 76)[24]. W dzienniku bojowym tej jednostki, w zapisie odnośnie „zadania o numerze bieżącym 1/39” czytamy, iż wystartowano o godzinie 5.05, cel (czyli Wieluń) osiągnięto o 5.40, zaś na macierzyste lotnisko powrócono o godzinie 6.05[25]. Skąd zatem opinia, iż Wieluń zaatakowany miał być wcześniej, aniżeli Westerplatte? Przypomnijmy, iż „Schleswig-Holstein” otworzył tam ogień punktualnie o 4.45; ta właśnie godzina wyznaczona była odpowiednimi rozkazami jako początek „Fall Weiß”, czego dowodem niezliczone wręcz wzmianki w oficjalnych niemieckich dokumentach, poczynając od kancelarii Rzeszy[26], kończąc na szczeblu dywizji czy nawet pułku[27]. Po wojnie upubliczniano je wielekroć w rozmaitych zbiorach dokumentów źródłowych, których pobieżne choćby wymienienie przekroczyłoby zapewne objętość niniejszego artykułu. Po polskiej stronie - by powrócić tu do przerwanego tą bibliograficzną dygresją wątku - o tej samej godzinie zanotowano rozpoczęcie przez Niemców zasadniczych działań wojennych[28]. Atak na Wieluń miał zatem miejsce w niemal godzinę później!

Pretensje podniesienia tego miasta do rangi miejsca „w którym rozpoczęła się II wojna światowa” biorą się tymczasem z nieporozumienia; chciałoby się tu dodać „zwykłego”, lecz na podobny przymiotnik nie pozwala kaliber sprawy. Fundamentem tegoż nieporozumienia jest przyjęcie absolutnie błędnej przesłanki, jakoby to we wrześniu 1939 roku obowiązywał w Niemczech tzw. czas letni, z godziną przesuniętą do przodu w stosunku do stosowanego wówczas m. in. w Polsce czasu środkowoeuropejskiego[29]. Gdy do niemieckich meldunków przyłożymy taki szablon, wszystko staje się jasne – 5.40, o której to na Wieluń spaść miały pierwsze bomby, byłaby w Polsce zaledwie godziną 4.40; do chwili pierwszych wystrzałów ze „Schleswiga-Holsteina” pozostałoby jeszcze pięć minut. I te właśnie pięć minut zapewnić miałyby Wieluniowi swoistą palmę pierwszeństwa.

Niewykluczone, że źródłem całego nieporozumienia jest językowy lapsus, jakiego dopuścił się Adolf Hitler, ogłaszając 1 września w Reichstagu rozpoczęcie wojny z Polską[30]. Skutki automatycznego przyjmowania takiej przesłanki narastały jednak zgodnie z efektem pędzącej śnieżnej kuli; w swoich publikacjach za pewnik uznaje ją na przykład Joachim Trenkner, niemiecki dziennikarz mocno zaangażowany w przybliżanie swym rodakom wieluńskiego dramatu[31]. Zdumiewające, że nigdzie ponadto - poza właśnie przypadkiem Wielunia - nie neguje się czasowej zgodności polskich oraz niemieckich relacji we wszystkich innych wrześniowych starciach. Zdumiewające tym bardziej, iż nikt dotychczas nie zwrócił uwagi na ową, łagodnie mówiąc, metodologiczną nieścisłość[32].

Sprawa nie byłaby może godna większej uwagi, gdyby nie coraz wyraźniej artykułowane postulaty skorygowania podręczników historii w taki sposób, by uwzględniały owo „prawdziwe” miejsce rozpoczęcia II wojny światowej. Zatem już nie Westerplatte i salwy ze „Schleswiga-Holsteina”, lecz nalot na Wieluń wyznaczać miałyby chronologiczne ramy II wojny światowej. Jakiś już czas temu z podobną inicjatywą – powielając w uzasadnieniu wszelkie istniejące błędy i nieporozumienia – wystąpił do ministra edukacji poseł z Wielunia Mieczysław Łuczak[33].

W kontekście powyższych ustaleń intrygować może kwestia, dlaczego stosunkowo liczni świadkowie ówczesnych wydarzeń podczas badań przeprowadzanych w Wieluniu w listopadzie 1961 r. przez pracowników Instytutu Zachodniego konsekwentnie na ogół podają, jakoby pierwsze bomby spaść miały na Wieluń pomiędzy 4.30 a 5.00[34]. Zauważyć trzeba tu, że w 1959 r. na tablicy pamiątkowej, umieszczonej na miejscu zniszczonego w wyniku nalotu szpitala pojawił się napis: „Tu dokonał się 1.9.1939 r. o godzinie 4.40 [podkr. - GB] pamiętny atak bezprawia, przemocy i zbrodni hitlerowskiej na bezbronnej ludności miasta Wielunia.”[35] Można przypuszczać, że ta wyryta w brązie treść do tego stopnia wpłynęła na stan pamięci zbiorowej mieszkańców, że już w dwa lata później podawali ją jako efekt własnych spostrzeżeń. Podobne zjawiska nie są niczym rzadkim, zaś w odniesieniu do wydarzeń o historycznym znaczeniu ich mechanizm jest zdumiewająco podobny[36].

Podpieranie się wspomnieniami uczestników wydarzeń, czy wręcz traktowanie ich jako jedynych w pełni wiarygodnych źródeł może być zresztą bronią obosieczną – okazuje się bowiem, że także i w tej kategorii nie brak przekazów świadczących o innym obrazie wydarzeń. By nie pozostać przy gołosłownych stwierdzeniach – Melchior Kałuża, zamieszkały w 1939 r. w Wieluniu przy ulicy POW, około 500 metrów od wieluńskiego rynku w sierpniu i wrześniu tegoż roku zatrudniony był przy budowie drogi, około 5 km od miasta. Spójrzmy, jak opisuje on wieluński poranek 1 września:

„Melchior [autor zapisków mówi o sobie samym w trzeciej osobie] otrzymał prace na szosy, która idzie od Wielunia do Częstochowy, w Nowem Świecie między Nowem Światem, a Pontnowem [właśc. Pątnowem]. Tam Melchior pracował dokont się wojna nie zaczyła. […]

Była [to] praca na dwie zmiany. I zmiana zaczynała się o godzinie 6 rano do godziny 14, II zmiana zaczynała się o godzinie 14 do godziny 20 wieczór. Melchior jak zwykle wychodził z domu o godzinie 5-tej, aby na godzinę 6-tom być u pracy.

Nikt o niczym nie wiedział, podczas gdy Melchior był już u pracy dzień był bardzo piękny i słoneczny, ciepły, bez wiatru, było to jeszcze przed rozpoczęciem pracy, niektórzy już przyszli, ale dużo jeszcze nie przyszło. Jeżeli jeszcze wszyscy nie przyszli, to nie rozpoczynali jeszcze pracy. Maister czyli kierownik aby prawie krótko przed zaczęciem pracy przyjechał na kółku, ale połowa jeszcze robotników nie przyszło. Był to piątek 1 września 1939 rok, podczas gdy jeszcze nikt nie pracował, to był czas się oglądać we wszystkie strony.

Praca gdzie się odbywała, do miasta Wielunia było do 5 kilometrów.

Przyleciały ciemne samoloty z dużymi szyrokimi krzyżami czarnemi leciały po 3 razem w pewnych odstępach, być może było [ich] 12. Zrzucili kilka bomb na Wieluń miasto, po zbombardowaniu Wielunia odlatowali w różne kierunki. […]

Robotnicy nie zaczynali jeszcze roboty, tak jeden do innych mówi, Wieta co! To jest wojna! Drugi mówi, To być może. Wojna, ano zobaczemy.

Ale patrzom w kierunku Wielunia idom tam jakieś ludzie, ale są jeszcze daleko. Czekają niecierpliwie.

Ale zbliżajom się dwóch mężczyzn i mówiom, I co stoita, a wieta, ze to jest wojna. […]”[37]

Treść powyższego fragmentu wydaje się być jednoznaczna; o godzinie 5.00 Melchior Kałuża wychodził dopiero z domu, położonego niemal w centrum uśpionego jeszcze wówczas miasta. Dopiero po dotarciu – przed 6.00 – na miejsce budowy i on, i jego koledzy dostrzegli nadlatujące nad Wieluń samoloty. Oczywiście, można by i w tym przypadku założyć pomyłkę – pamiętniki spisywane były w połowie lat 60., zatem od omawianych wydarzeń upłynęło już niemal 30 lat. Znacząca jest tu jednakże inna okoliczność – oto autor, będąc zatrudnionym przy budowie drogi codziennie opuszczał dom o tej samej porze (5.00 rano) i o tej samej porze rozpoczynał pracę (6.00 rano), dysponując tym samym czymś, co kmdr Narcyz Klatka trafnie nazwał „kotwicą czasową”[38].

Przytaczam wspomnienia Melchiora Kałuży nie bez kozery; spotkać można się bowiem z przeciwstawianiem relacji świadków wydarzeń, tej „historii mówionej” – zachowanym dokumentom, niemieckiej najczęściej proweniencji. Tymczasem, jak widać, relacje owe wcale nie muszą w sposób stanowczy podpierać jednego tylko stanowiska.

Technika nalotu (liczba nalotów, jednostki)

Niemniej frapującą sprawą jest zestawienie jednostek, które wzięły udział w bombardowaniu Wielunia, co zaś za tym idzie – próba ustalenia dokładnej liczby nalotów. Również i w tej bowiem sprawie istnieją spore obszary niedomówień; Barbara Bojarska pisze na przykład, że „między godziną 5 a 6 rano miasto było bombardowane trzy razy, a potem do godziny 14 jeszcze kilka razy”[39]. Ponad ten nader śmiało zakreślony paradygmat nie wzniósł się już nikt z późniejszych badaczy; jako pewnik przytacza go np. Tadeusz Olejnik[40]. Co mówią tymczasem źródła niemieckie – dokumenty o pierwszorzędnej wartości, jako że powstawały niemal równolegle z opisywanymi wydarzeniami?

Wiemy już, dzięki cytowanym uprzednio raportom, że pierwsze bomby spadły na miasto o godzinie 5.40 z pokładu samolotów I dywizjonu 76. pułku bombowców nurkujących (I/StG 76), prowadzonego przez kapitana Waltera Sigela. Ten pierwszy atak mógł być też najbardziej niszczycielski; około 6.00 nad Wieluniem pojawił się rozpoznawczy Dornier Do 17P z II dywizjonu 77. pułku bombowców nurkujących (II/StG 77) pilotowany przez ppor. Dietricha Lehmanna, który w późniejszej relacji pisał: „Określam mniej więcej kurs na Wieluń i chcę tam sprawdzić, jaki skutek odniósł nasz atak. Jest już 6.00, jednak dzień jakoś nie chce się rozjaśnić. Nie minęło wiele, a w szarości przed nami widać naraz ogromny pożar, z którego prawie pionowo wzbija się w górę ciemna, szeroka ściana dymu i miesza się z mgłą i wiszącymi nisko chmurami. Przerażająco piękny widok! W trzech różnych punktach palą się rogatki miasta, tam gdzie ulokowane były polskie wojska. Na dole widzę dziki chaos, wygląda na to, że ludzie kompletnie potracili głowy.”[41]

Wkrótce potem, pomiędzy 6.08 a 6.10 swój ładunek zrzuciły na Wieluń zrzuciło 20 samolotów I dywizjonu 77. pułku bombowców nurkujących (I/StG 77) kapitana Friedricha-Karla barona von Dalwigk zu Lichtenfels[42]. Pomiędzy 8.00 a 9.00 kolejny nalot wykonać miał I dywizjon 2. pułku bombowców nurkujących (I/StG 2), dowodzony przez majora Oskara Dinorta. Osłonę lotniczą tej wyprawy bombowej zapewniało dziesięć Messerschmittów Bf 109 E z 3. eskadry I dywizjonu 76. pułku myśliwców (I/JG 76), startujących z Izbicka (wówczas Stubendorf)[43]. Niewątpliwie kilka bomb spadło również na miasto w godzinach popołudniowych - o 13.20 z lotniska w Ligocie Dolnej (wówczas Nieder-Ellguth) podniosło się bowiem ponownie 30 Stukasów z wspominanej uprzednio I/StG 2 z zadaniem zbombardowania lasu położonego cztery kilometry na północny wschód od miasta; wcześniej zauważyć miano tam polską kawalerię. „Bryg[ada] kaw[alerii] w lesie rozproszona”, meldowano w raporcie. „[Miejsca] zbiórki oddziałów w majątku [położonym] na południe od W[ielunia] zaatakowane i zniszczone bombami oraz k[arabinami] m[aszynowymi]. Rowy strzeleckie na skraju lasu oraz przy drogach na p[ółnocny] w[schód] od Wielunia zaatakowane z sukcesem [bombami typu] SC 50 kg oraz k[arabinami] m[aszynowymi]. Bezpośrednie trafienie w drużyny straży pożarnej na rynku [wieluńskim]. Próby gaszenia pożarów ustały.”[44] Ten sam meldunek podaje, iż zwłaszcza nad samym Wieluniem atakujące Stukasy spotkały się z silnym ogniem artylerii przeciwlotniczej, prowadzonym jakoby z działek kal. 20 mm (sic!)[45]. Być może rzeczywiście efektem jakiegoś ostrzału (niekoniecznie stamtąd) było przymusowe lądowanie podoficera (Unteroffizier) Scholza na północny wschód od Gorzowa Śląskiego (wówczas Landsberg); jego samolot miał przy tej okazji kapotować i spłonąć[46].

Podobnie o godzinie 13.25 z tegoż Nieder-Ellguth wystartowało 29 Stukasów z I/StG 76, biorąc – według zapisów w dzienniku bojowym - kurs na las położony około pięć kilometrów na północny wschód od Wielunia, gdzie również wcześniej stwierdzić miano obecność polskich oddziałów; narzuca się tu wręcz przekonanie, iż chodzi o ten sam las, który był celem wcześniejszej o pięć minut wyprawy I/StG 2. Cel zbombardowano pół godziny później, o 14.35 dywizjon bez strat powrócił na macierzyste lotnisko[47]. Czy jakieś bomby spadły przy tej okazji również i na miasto – trudno powiedzieć[48].

I to właściwe wszystkie naloty na Wieluń, które z całą pewnością zidentyfikować możemy na podstawie dostępnej nam dokumentacji. Czy było ich więcej? Być może. Być może jednak również ci z mieszkańców, którzy z jakichś względów pozostali jeszcze wówczas w obróconym w perzynę mieście, a może akurat usiłowali się zeń wydostać, widząc kolejne nadlatujące samoloty uznali je za następną falę ataku. I to pomimo tego, że tym razem z przelatujących nad miastem maszyn nie spadła raczej ani jedna bomba. Wiemy, że Wieluń był punktem orientacyjnym dla startującej o godzinie 14.15 z lotniska w Polskiej Nowej Wsi (wówczas Neudorf) 6. eskadry II/77 StG; eskadra ta miała za zadanie zbombardowanie stacji kolejowej w Siemkowicach oraz szlaków kolejowych na długości od Warty aż po rozgałęzienie torów Wieluń – Szczerców. Zadanie zostało wykonane (nad Siemkowicami niemieckie samoloty znalazły się o 14.50), powrót nastąpił tą samą drogą, czyli znów nad Wieluniem. Przerażeni mieszkańcy mieli pełne prawo do wzięcia tego spektaklu za jeszcze jeden nalot, acz – jak powiedziano – niemieckie dzienniki milczą, czy na pokładach samolotów pozostał wówczas choćby jeden śmiercionośny ładunek[49].

Mamy zatem do czynienia z trzema nalotami wykonanymi przed południem i jednym tylko popołudniowym, ten ostatni nie miał zresztą, jak wynika z dokumentów, tak apokaliptycznego wymiaru jak wszystkie wcześniejsze, będąc raczej okazją do „pozbycia się” pozostałych pod skrzydłami samolotów bomb mniejszego tonażu. Tylko tyle, czy aż tyle? W pewnym sensie odpowiedź na to pytanie przynosi rzut oka na fotografie zniszczonego miasta.

Ofiary nalotów

Wreszcie sprawa najbardziej bez wątpienia delikatna, czyli kwestia ofiar nalotu. O ile straty w infrastrukturze czy substancji budowlanej stosunkowo łatwo stwierdzić na podstawie dostępnych dziś, wcale licznych fotografii, o tyle ilość ofiar spośród ludności cywilnej, wciąż – po siedemdziesięciu już latach – pozostaje wielką niewiadomą.

W literaturze przyjmowana jest na ogół liczba 1200 zabitych w wyniku bombardowań, która to wielkość ma jedną właściwie niezaprzeczalną zaletę – jest mianowicie niższa, tym samym zaś bardziej realna aniżeli podawana wcześniej inna, rzędu 2169[50]. Niestety, zaleta to jedyna. Dlaczego bowiem akurat 1200 ofiar? Taką właśnie, dość okrągłą liczbę usłyszeć miał dyrektor miejscowego szpitala, Zygmunt Patryn z ust członków niemieckiej Technische Nothilfe, zajmujących się odgruzowywaniem miasta[51]. Ta wielkość, przyjęta najzupełniej a priori od chwili zaistnienia w niniejszym dyskursie (zatem od roku 1962) nie została nigdy poddana jakiejkolwiek próbie weryfikacji, choćby w oparciu o zapisy w aktach parafii czy urzędów stanu cywilnego. Sytuację bez wątpienia utrudnia zarówno to, że wśród przedwojennej ludności Wielunia sporą grupę stanowili Żydzi (po wrześniu 1939 r. trudno uchwytni w dokumentach źródłowych), jak i ta jeszcze okoliczność, że w piątek 1 września miał odbyć się w mieście targ, na który ściągali okoliczni chłopi; część z nich na pewno o 5.40 znajdowała się już w granicach miasta. Jednak kwerenda taka, choć żmudna i być może też niewdzięczna wydaje się jedyną drogą do uzupełnienia znanych dotychczas z nazwiska i – najczęściej – imienia 96 ofiar nalotu[52]. Pytanie tylko, czy na podobne działania nie jest już aby zbyt późno; szkoda, że potencjalnie najbardziej sprzyjający poczynieniu takich ustaleń czas minął bezpowrotnie.

W swoim opublikowanym w 2008 r. na łamach dwumiesięcznika „Arcana” artykule zamknąłem rozważania następującymi słowami: „Czy wobec zaprezentowanych tu ustaleń tragedia Wielunia ulega pomniejszeniu? Bynajmniej. Pozostaje nadal przygnębiającym memento zadeklarowanej przez Hitlera Vernichtungskrieg (wojny zniszczenia). Tym gorzej byłoby jednak, gdyby wieluńska hekatomba posłużyć miała budowaniu osobliwych wizji, pozbawionych jakiegokolwiek wspólnego mianownika nie tyle nawet z historią, co wręcz elementarnie pojętą rzetelnością.”[53] Dziś, po upływie niemal roku wciąż mogę podpisać się pod tą konkluzją obiema rękami.

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w książce:

Wieluń był pierwszy. Bombardowania lotnicze miast regionu łódzkiego

we wrześniu 1939 r., red. Janusz Wróbel, Łódź 2009, s. 49-65.




[24] W wielu publikacjach jego nazwisko podawane jest nieprawidłowo jako „Siegel”. Właściwą formę pomaga ustalić biogram, zamieszczony w: E. Obermeier, Die Ritterkreuzträger der Luftwaffe. Stuka- und Schlachtflieger 1939-1945, Mainz 1976, s. 42. Wszelkie wątpliwości rozwiewa zresztą zamieszczone tam, opatrzone autografem zdjęcie.

[25] Reprodukcję odpowiedniej strony dziennika bojowego [Kriegstagebuch – KTB] zamieszcza m.in. T. Olejnik, op. cit., s. 509; J. Książek, op. cit., s. 45, jak też J. Trenkner, Wieluń, czwarta czterdzieści, „Tygodnik Powszechny”, 5 IX 1999.

[26] Zob. np. 1939, sierpień 31, Berlin – Dyrektywa nr 1 Naczelnego Dowódcy Niemieckich Sił Zbrojnych, Adolfa Hitlera, do prowadzenia wojny [w:] Wojna obronna Polski 1939. Wybór źródeł, red. M. Cieplewicz, T. Jurga [i in.], Warszawa 1968, s. 394-396; powtórzone [w:] Międzynarodowe tło agresji Rzeszy Niemieckiej na Polskę w 1939 roku. Wybór dokumentów, red. R. Nazarewicz, Warszawa 1986, s. 171-172. Czytamy tam m.in.: „Dzień natarcia: 1 września 1939 r. Godzina natarcia: 4.45.” Tekst w oryginale zob. np.: http://www.documentarchiv.de/ns/1939/weisung-nr01_weiss.html

[27] Tytułem przykładu zacytować można dziennik bojowy VIII Korpusu Armijnego, wchodzącego w skład niemieckiej 14. Armii: „O godzinie 4,45 [1 września 1939] wszystkie trzy dywizje [korpusu] przekraczają niemal bez walki granicę Rzeszy.” [Um 4.45 Uhr überschreiten alle drei Divisionen fast ohne jeden Kampf die Reichsgrenze], BAMA Freiburg, RH 24-8/11, KTB des VIII. Armeekorps, 1 IX 1939, k. 3. Podobnych przykładów jest mnóstwo.

[28] O godzinie 4.50 mjr Henryk Sucharski, komendant Wojskowej Składnicy Tranzytowej w Gdańsku raportował Dowództwu Floty: „Pancernik »Schleswig-Holstein« rozpoczął o godz[inie] 4.45 ostrzeliwanie Westerplatte ze wszystkich dział. Bombardowanie trwa.” Meldunek mjr. Henryka Sucharskiego do Dowództwa Floty w Gdyni, 1 IX 1939, [w:] Sprawa polska w czasie drugiej wojny światowej na arenie międzynarodowej, red. S. Stanisławska, Warszawa 1965, s. 51.


[29] W istocie czas letni, wprowadzony w Niemczech po raz pierwszy 30 kwietnia 1916 r. zniesiony został 16 września 1918 r. W Republice Weimarskiej nie obowiązywał on nigdy, zaś w III Rzeszy wprowadzono go dopiero z dniem 1 kwietnia 1940 r. Zob. strona internetowa Federalnego Instytutu Fizykalno-Technicznego www.ptb.de/de/org/4/44/441/salt.htm, informacje na podstawie danych Niemieckiego Instytutu Hydrograficznego w Berlinie. Zob. też: R. Ebertin, A.M. Grimm, G. Hoffmann, M. Puettjer, Die geographischen Positionen Europas, wyd. 12, Freiburg 1994.

[30] Słynne słowa „Teraz od godziny 5.45 na ogień odpowie się ogniem” [Seit 5.45 wird jetzt zurückgeschossen] zinterpretowane mogły zostać rzeczywiście tak, jak gdyby w ówczesnej Rzeszy obowiązywał inny sposób liczenia czasu. Rzecz w tym, że poza tym jednym przemówieniem Führera brak najdosłowniej jakiegokolwiek innego zapisu, dokumentującego tę rzekomo godzinę ataku. Przyjąć trzeba, że Hitler albo z rozmysłem podał późniejszą godzinę ataku (mając zapewne na względzie propagandowy wydźwięk swego wystąpienia), albo też po prostu się przejęzyczył. Tekst przemówienia zob. http://www.nationalsozialismus.de/dokumente/textdokumente/adolf-hitler-rede-vor-dem-reichstag-01091939

[31] Jak pisze Trenkner: „Hitler powiedział: »piąta czterdzieści pięć«. Według czasu obowiązującego wówczas w Polsce – gdzie nie stosowano jeszcze wówczas zmiany czasu na letni – była to czwarta czterdzieści pięć. Dokładnie o tej godzinie pancernik »Schleswig-Holstein« zaczął ostrzeliwać polską składnicę na Westerplatte.” J. Trenkner, op. cit. W Polsce zob. np. T. Olejnik, Wieluń, polska Guernica..., s. 33, J. Książek, op. cit., s. 44, jak też N. Klatka, op. cit., s. 62.

[32] Zakładam tu, że autorzy piszący o różnicy czasowej dzielącej ówczesną Polskę oraz III Rzeszę czynią to w najlepszej wierze. W innym przypadku mielibyśmy bowiem do czynienia z niewiarygodnym wprost humbugiem.

[33] Zob. M. Darda, Poseł PSL chce, by w podręcznikach Wieluń zajął miejsce Westerplatte, „Polska. Dziennik Łódzki”, 8 II 2008.

[34] Zygmunt Patryn podał, iż „dnia 1 września 1939 r. o godzinie 4.50 obudził mnie warkot samolotów.” Stanisław Cierkosz twierdził: „Dnia 1 września [1939 r.] przed godziną 5 rano zostałem nagle zbudzony przeraźliwym hukiem spadających bomb.” Z kolei Józef Brzeziński mówił, iż „w dniu wybuchu wojny 1939 r. o godzinie 4.45 obudziły mnie syreny alarmowe.” Stanisław Puchała podał: „Dnia 1 września 1939 r. o godzinie 5 rano obudził mnie huk spadających bomb”, zaś Ludwik Perdek, iż „o godzinie 4.30 nadleciało ponownie [poprzednie świadek zauważył 31 sierpnia – GB] około 15 samolotów nad miasto i zaczęło bombardowanie.” B. Bojarska, op. cit., passim.

[35] Zagadką pozostaje, skąd na wspomnianej tablicy literalnie taka właśnie, nie inna godzina nalotu. Dziennik bojowy I/StG 76 nie był przecież jeszcze wówczas w Polsce znany. Zauważmy, że B. Bojarska nigdy nie potwierdziła opinii o zaatakowaniu miasta na dokładnie pięć minut przed X-Stunde. W swej fundamentalnej do dziś analizie wydarzeń w Wieluniu w dniu 1 września 1939 r. pisała ona natomiast: „Tymczasem dnia 1 września już o godzinie 4.45 żołnierze 36 p[ułku] p[iechoty] i oddziałów O[brony] N[arodowej] z niepokojem śledzili przelot ponad granicą na bardzo niskim pułapie około 30 samolotów niemieckich. W kilka chwil potem usłyszeli ciężkie eksplozje bomb zrzucanych na Wieluń […]”B. Bojarska, Napaść hitlerowskiego lotnictwa…, s. 17. Zresztą, nawet i ta godzina przelotu jest zbyt wczesna w stosunku do zapisów w niemieckich dziennikach bojowych.

[36] Autor niniejszego artykułu zetknął się z opisywanym zjawiskiem podczas pracy nad publikacją dokumentującą pierwsze dni września 1939 r. w Katowicach. Zob. Katowice we wrześniu ’39, red. G. Bębnik, Katowice 2006, s. 15 i n.


[37] Pamiętniki Melchiora Kałuży, spisane w czternastu stukartkowych brulionach znajdują się obecnie w posiadaniu Jego syna Leonarda Kałuży, zamieszkałego w Piasecznie k. Warszawy. P. Leonard Kałuża zgodził się udostępnić skany tych stron pamiętników, które dotyczą nalotu na Wieluń, za co niniejszym serdecznie Mu dziękuję. Zachowano oryginalną pisownię, poprawiając nieco jedynie interpunkcję oraz likwidując zbędne wersaliki.

[38] Podczas konferencji w Łodzi 18 maja 2009 r. Sam Leonard Kałuża pamiętniki swego ojca we fragmencie dotyczącym nalotu na Wieluń obszernie omówił w prowadzonym przez siebie blogu.


[39] B. Bojarska, Zniszczenie miasta Wielunia..., s. 306.

[40] T. Olejnik, Wieluń. Dzieje miasta..., s. 506.

[41] Całość relacji: D. Lehmann, Wir suchen den Feind, Gütersloh 1940, s. 4-9. Cyt. za: M. Emmerling, Luftwaffe nad Polską..., s. 25. Zwrócić należy jednak uwagę, że pomiędzy zrzuceniem pierwszych bomb, a opisywanym przez Lehmanna efektem upłynąć musiałoby zaledwie 20 minut. Czy w tak krótkim czasie pożar zdołałby osiągnąć podobnie apokaliptyczne rozmiary? Zauważmy, że relacja Lehmanna nie została wytworzona na potrzeby dokumentacji działań bojowych – to raczej wspominkowy tekst z czasów Polenfeldzug, dość standardowy w swej jednoznacznie propagandowej wymowie. Stąd też do prawdziwości zawartych w nim danych podchodziłbym raczej ostrożnie. Ju 87 Stuka w wersji B przenosić mógł jedną bombę o masie 250 lub też 500 kg pod kadłubem oraz cztery mniejsze, po 50 kg, pod skrzydłami. Łatwo obliczyć, że jeden nurkowiec zrzucić mógł podczas lotu bojowego od 450 do 700 kg bomb.

[42] BAMA Freiburg, RL 10-347, KTB der I/ StG 77, 1 IX 1939, k. 3-4.

[43] BAMA Freiburg, RL 10/292, KTB der I/JG 76, 1 IX 1939, k. 3: „8.15 Befehl an 3. Staffel: Begleitung und Schutz der I./St.G. 2 beim Angriff auf Wielun […] 08.23-09.10 3. Staffel, 10 Bf 109 E, keine Feindberührung […]” Niestety, wobec zaginięcia oryginalnej dokumentacji I/StG 2 posiłkować musimy się innymi zapisami, jak na przykład powyższe.

[44] „Kav[alerie] Brig[ade] im Waldstück zersprengt. Truppensammlungen Gutshof südl[ich] W[ieluń] vernichtend angegriffen mit Bomben und M[aschinen]G[ewehren]. Schützengraben am Waldrand und na den Strassen N[ord]O[estlich] Wielun mit SC 50 kg u[nd] M[aschinen]G[ewehren] mit Erfolg angegriffen. Volltreffer in Löschmannschaften am Markt. Löschversuche eingestellt.” BAMA Freiburg, RL 8/197, Ten z kolei zapisek pochodzi z zespołu Fliegerführer z.b.V.

[45] Być może niemieckie samoloty zostały rzeczywiście ostrzelane (mniejsza z tym, nad jakimi punktami), na pewno jednak nie przez działka o wspomnianym kalibrze. Wojsko Polskie we wrześniu 1939 r. dysponowało działami plot. o dwóch podstawowych kalibrach: 40 oraz 75 mm. Tzw. najcięższy karabin maszynowy kal. 20 mm wz. 38 FK, konstrukcji inż. B. Jurka zdołano do września 1939 r. zainstalować jedynie w 24 tankietkach TKS. Podobno czyniono też próby (raczej jednak improwizowane) użycia tego nkm-u w charakterze broni przeciwlotniczej. Na pewno jednak tego typu broń nie występowała w pasie działań Armii „Łódź”.

[46] BAMA Freiburg, RL 8/197. Erfolgsübersicht I/StG 2, b.p.

[47] BAMA Freiburg, RL 10/344, Meldung über Einsatz lfd. Nr. 2/39, 1 IX 1939, b.p.

[48] Należy zresztą wątpić, by niemieccy lotnicy pozostawiali jeszcze jakąś bombę na cel kompletnie nie przewidziany odpowiednimi rozkazami. Oczywiście, Stukasy z I/StG 2 zbombardowały zarówno las, jak i miasto. Nie znamy jednak – wobec wspomnianego wcześniej zaginięcia dokumentacji tej jednostki – stawianych przed nimi odpowiednim rozkazodawstwem zadań.


[49] BAMA Freiburg RL 10/354, Einsatzbefehl Nr. 3, 1 IX 1939, b.p., również: BAMA Freiburg, RL 10/352, KTB der II/StG 77, 1 IX 1939, k. 3.

[50] Ta akurat wielkość pochodzi z 12. tomu Wielkiej Encyklopedii Powszechnej z 1969 r. Zob. T. Olejnik, Wieluń. Dzieje miasta (1793-1945), Piotrków Trybunalski 2003, s. 516.

[51] Zob. B. Bojarska, op. cit., s. 312.

[52] Zob. N. Klatka, op. cit., s. 286. Tenże autor podjął próbę weryfikacji owych danych, zestawiając je z liczbą ofiar nalotu na Guernicę w 1937 r. Tą drogą doszedł do konstatacji, iż „w Wieluniu w dniu 1 września nie mogło zginąć mniej, niż 702 i nie więcej, niż 1175 osób.” Ibidem, s. 60.

[53] G. Bębnik, op. cit., s. 202.


Liczba wejść: 208728, od Data publikacji 01.09.2016